Nagość w pokrzywach, czyli liberalizm i socjalizm

Liberalizm i socjalizm, to jak określanie świata i ludzi kolorem czarnym i białym. Liberalizm zakłada, że przynajmniej znakomita większość ludzi, o ile nie wszyscy, to samolubni indywidualiści. Socjalizm zaś mówi, że ludzie to altruiści. Podstawy tych dwóch „religii” ekonomicznych są całkowicie oderwane od rzeczywistości. Jak można budować dom, jeżeli nie wybrało się dobrego gruntu i nie zbudowało silnych fundamentów?

Jeżeli całkowicie oddamy się któremuś z tych nurtów, to w pewnym momencie zdamy sobie sprawę, że jesteśmy nadzy w pokrzywach. Świat nie jest czarno biały.

Dla przykładu liberalne teorie zakładają, że ludzie nie kradną i nie zabijają ze strachu przed prawem. Po części to z pewnością prawda, ale zastanówcie się ile razy mogliście coś ukraść. Pomyślcie np. o kradzieży w sklepie samoobsługowym – nie kradniecie ze względu na prawo, czy może dlatego, że to niemoralne i złe? Liberalni teoretycy nie biorą pod uwagę kodeksu moralnego, który jest podstawą naszej cywilizacji.

Z kolei socjalizm zakładają, że ludzie zrobią wszystko dla innych i ze dobro innych jest dla ludzi na pierwszym miejscu. To też nie jest prawda, ponieważ z reguły ludzie na pierwszym miejscu stawiają dobro ich samych oraz ich najbliższej rodziny.

Budując podstawy ekonomii musimy opierać się na prawdzie o ludziach, ponieważ to ludzie są najważniejszym elementem w tej układance. Musimy uwzględnić, że ludzie mają w sobie zarówno pierwiastek altruizmu, jak i samolubności.

Dlatego potrzebna nam jest zbalansowana trzecia droga. Stosunkowo niskie podatki połączone z wydajną administracją i systemem karnym – to jest możliwe, jeżeli trochę się nad tym popracuje. Musimy pamiętać, że aby mieć szanse na wprowadzenie dobrych zmian potrzebny jest nam rząd, który dba o dobro Polski, a nie kontrolowani przez innych marionetkowi politycy.

Reklamy

Zawodowi niszczyciele przedsiębiorstw

wall         Teoria liberalnego kapitalizmu zakłada, że właściciele przedsiębiorstw będą robić wszystko, by ich firmy się rozwijały. W końcu dzięki temu zarabiają, prawda? Niestety często więcej mogą zarobić na zniszczeniu swojej firmy. To dość ryzykowne posunięcie, ale niektórzy zarabiają na nim krocie. Giełdy papierów wartościowych znacząco ułatwiają takie procedery, ale i bez nich można tego dokonać. Wszystko opiera się o zasadę maksymalizacji wartości dla akcjonariuszy, ta zasada jest „kredo” wielu managerów, którzy są za to wynagradzani.

Nieuczciwi biznesmeni najpierw kupują spółkę – z reguły są to spółki notowane na giełdzie. Nie ma znaczenia, czy prosperuje dobrze, czy źle (chociaż częściej kupowane są nie wyróżniające się niczym średniaki). Następnie obsadzają na jej czele zawodowego niszczyciela przedsiębiorstw, który ma za zadanie „wysuszyć” firmę z jej potencjału na poczet zysku akcjonariuszy.

Najlepszym sposobem na zmaksymalizowanie zysków firmy jest zredukowanie jej kosztów, więc robi się „restrukturyzację”, która polega zasadniczo na zwolnieniach i zahamowaniu nowych inwestycji. Co oczywiście w długiej perspektywie oznacza cofnięcie firmy w rozwoju, brak konkurencyjności, a w efekcie śmierć w bolesnych konwulsjach. Owa „restrukturyzacja” jest tylko pierwszym etapem działalności niszczyciela.

Kolejnym etapem jest masowy wykup akcji własnych, który ma za zadanie wywindować ich cenę. Taki ruch na umiarkowanym poziomie w stosunku do stanu firmy jest nieszkodliwy i tak było jeszcze w latach 70-tych, kiedy to w Stanach na ten cel przeznaczano mniej niż 5% zysków korporacji. To jednak zaczęło się dramatycznie zmieniać, w 2007 roku (przed wybuchem kryzysu) ten odsetek wynosił już 90% zysków, a w 2008 było to już niewyobrażalne 280%! To oznacza, że firmy brały pożyczki tylko po to, by wykupić własne akcje i zwiększyć własną wartość, chociaż realnie był to już ich upadek.

Najwięcej zyskują na tym udziałowcy oraz managerowie, którzy często też posiadają własne akcje. Gdy akcjonariusze widzą, że wysuszyli już w firmę do cna sprzedają udziały. Często sprzedają spółkę drożej niż kupili, ponieważ na zewnątrz nie widać jeszcze jej rozkładu. Nawet jeżeli sprzedadzą ją trochę taniej, to i tak wyjdą na tym „wysuszaniu” z milionowymi, jak nie miliardowymi zyskami.

Przykładem jest wielki potentat – General Motors, który upadając w 2009 roku, mieścił się w czołówce najbardziej zyskownych firm. Trochę ironicznie mówi się, że gdyby GM 20,5 miliarda dolarów przeznaczone na wykup akcji własnych w latach 1986-2002 włożyło po prostu do banku, to w 2009 roku znaleźli by 35 miliardów, które było potrzebne na uratowanie firmy przed bankructwem.

Pomimo tego, że swobodny przepływ kapitału zrealizowany poprzez giełdy przyczynił się do rozwoju gospodarek światowych, to teraz doprowadza do ich upadku. Nie można ślepo zakładać, że niestali akcjonariusze będą mieć na celu stałe dobro spółek.